|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Zakładki
|
wtorek, 31 stycznia 2012
Szczęśliwego Nowego Roku! Niech wodny smok będzie dla Was dobry, szczodry i łaskawy.
Zanim opublikuję kolejne wpisy, które gotują się w "wiecznym folderze tymczasowym" od niemalże dwóch miesięcy, chciałabym polecić Wam wideo, gdzie nie tylko pokazano, jak Chiny dynamicznie się rozwijają, ale także dotknięto kilku istotnych społecznych kwestii; Syndromu Małego Cesarza, stosunku płci, a także idei guānxì (koneksji) oraz miàn zi (twarzy). Prawie wszystko, co o Państwie Środka na początek trzeba wiedzieć.
Przejadę się po tym wszystkim w kolejnych tekstach, gdy te już się przegryzą i dojrzeją, a tymczasem:
a_fm
sobota, 26 listopada 2011
Poloneza czas zacząć. Agentki żwawo poprowadziły nas w miasto, by najpierw zaprezentować mieszkania drogie i marne, następnie mieszkania wykraczające poza przyjęty budżet, później mieszkania spełniające większość kryteriów, ale wciąż za drogie w stosunku do jakości, a na samym końcu lokale albo faktycznie z całej oferty najlepsze, albo najbardziej kuriozalne, co oznaczało, że właśnie dobrnęliśmy do ściany. Według zakładanego przez nie planu mieliśmy dotrwać do punktu trzeciego i brać, co jest, w obawie, że dalej jest tylko mrok i instalowanie kartonów pod mostem. Gdy napomykaliśmy o ofertach znalezionych w sieci, taktownie zmieniały temat lub udawały, że nie słyszą. Dużo lepiej szło agentom z małych oddziałów, gdyż z racji niewielkiego pola manewru, byli najuczciwsi.
Strzyżenie baranów
Pomimo paru prób znalezienia swojego miejsca w starych, chińskich domach, musieliśmy poszukać szczęścia w wysokich apartamentowcach. Budynki te są względnie nowe i wygodne w użyciu, jedynym mankamentem są właściciele lokali, których oczekiwania finansowe są zazwyczaj dyktowane prostą zasadą: "Expat? Skubać, ile wlezie!", niekoniecznie zakotwiczoną w rzeczywistości. Wielu bogatych szanghajczyków stać na to, by miesiącami czekać na odpowiedniego jelenia kandydata i nie są skorzy do negocjacji. Straciliby twarz w oczach znajomych, którym już zdążyli się pochwalić wartością swojego mieszkania na rynku wynajmu, nawet jeżeli owa "wartość" jest jedynie pobożnym życzeniem. To nie żart - widzieliśmy mieszkanie niewynajęte od przynajmniej roku, gdzie właściciele, pomimo sugestii agencji i samych odwiedzających, nie zdecydowali się na przeróbki lub chociażby odświeżenie mocno sfatygowanych ścian, a cena, choć chętnych jak nie było, tak nie ma, zamiast spaść, jeszcze wzrosła. Michał miał szczęście na nie trafić podczas rajdu po mieszkaniach w roku ubiegłym, ja w roku bieżącym i z tego, co wiemy, nadal stoi puste. Ile właściciele na tym tracą? Co najmniej sto tysięcy yuanów w skali roku, ale to nie szkodzi, wszak tanio skóry nie sprzedamy. To lokum zresztą znalazło się na naszej liście osobliwości ze względu na łazienkę z innego wymiaru, ale po kolei.
Bez
Mieszkania beznamiętne i bez wyrazu, czyli typowe lokale przygotowywane pod wynajem dla expatów. Występują często i zawsze zostaną zaprezentowane jako pierwsze. Cena oczywiście znacznie przewyższa to, co właściciel ma do zaoferowania, a godzić się na takie warunki, to jak położyć swój barani łeb na pieńku. Ot, parę poskręcanych mebli z Ikei, która w Chinach uznawana jest za kwintesencję zachodniego luksusu, neutralne kolory i zdumiewające żyrandole "sprowadzane z Hongkongu". Mieszkania te nie pozostawiają żadnych wspomnień, a jeżeli mieliście jakiekolwiek wrażenia podczas wizyty, bądźcie pewni, że ulotnią się wraz z zamknięciem drzwi. Wyposażenie mocno podstawowe, rzadko posiadają piekarnik, jeszcze rzadziej normalną pralkę. Dałoby się w nich żyć, jeżeli włożyć w to trochę pracy, ale pod warunkiem, że nie żądano by od nas pieniędzy, za które dałoby się wynająć czterokopojowe mieszkanie na Powiślu.
Tomb Raider
Po dryfowaniu w budyniu zaliczyliśmy twarde lądowanie w ogromnym mauzoleum z trzema komnatami pokojami, po którym chodziliśmy z oczami jak pięć złotych. Aby dostać się do kuchni, należało się teleportować przez marmurowy portal rodem z World Of Warcraft, zapewne więcej wart niż obie ubożuchno urządzone łazienki razem wzięte. Garderoba, która mieściła się w osobnym pokoju, łatwo dawała się przeobrazić w niewielką salkę balową - pod ścianą w rządku stały krzesła obite złotym welurem, a nad wszystkim górował kryształowy żyrandol. Gwoździem do trumny było niebiesko-brązowe łoże w stylu Ludwika XVI (aby dać Wam pojęcie: link, link i link) w budzącej należyty respekt ciemnodrewnianej sypialni. Jak to w mauzoleum, w mieszkaniu znalazły się także przedmioty używane przez zmarłych za życia, więc całość dopełniały chińskie meble i antyki. Naszemu niedowierzaniu towarzyszyła autentyczna radość ze znaleziska i gdyby nie fakt, że w grobowcu nie przewidziano wanny, kto wie, czy byśmy tam nie zamieszkali. Bardzo, bardzo chcielibyśmy zobaczyć miny naszych kolejnych gości. Wspomnę jeszcze, że mieszkanie mieściło się na 13 piętrze nowego apartamentowca znajdującego się na oogrodzonym osiedlu Xinhua Road 666. True story.
WTF China srsly? Najpierw pokazano nam zdjęcia; ceglana ściana w pokoju dziennym, goła baba z gipsu na balkonie, łoże małżeńskie na dwa metry szerokie, do tego dołączona informacja, że mieszkanie ma trzy pokoje, dwie łazienki, a wszystko to w lokalizacji dobrej i cenie przystępnej. Pierwsza lampka kontrolna zaświeciła się, gdy agentka uprzedziła, że lokum jest jeszcze "brudne", ale wkrótce zostanie wysprzątane i odmalowane. Niby nic, gdyby nie fakt, że Chińczycy są mistrzami w przemilczaniu, a także słownym pudrowaniu brzydkiej rzeczywistości, zatem jeżeli osoba odpowiedzialna za sprzedaż zająknie się o jakiejkolwiek wadzie towaru, bądźcie pewni, że owa drobnostka będzie równie ciężka do przeoczenia, co krater Ngorongoro. Druga kontrolka zaświeciła się, gdy po wejściu do mieszkania ujrzeliśmy kontuar recepcyjny przy drzwiach. Widząc na twarzach konsternację, Kate poinformowała nas, że wcześniej mieściło się tu biuro. Biuro moja mać. Zwiedzamy dalej. Po prawo witryny z niedopitymi butelkami whisky i chińskiej gorzały, po lewo w nieładzie porzucone skórzane sofy i fotele, a na samym środku trzy stoły do grania w karty. Mieszkanie, które niegdyś musiało być piękne, przez ostatnie lata służyło jako hazardowa melina, a sądząc po rozmiarze łoża, także jako miejsce schadzek. Łazienki zdezelowane, kuchnia szczątkowa, a całość sprawia wrażenie scenografii do horroru, w którym obowiązkowo powinien straszyć duch nieszczęśliwej dziewczyny. (Ja widzę to tak: Chen Xiao Yan, aby uratować swojego ukochanego, Liu Juna, zaczęła sprzedawać swoje ciało podejrzanym typom z szanghajskiego establishmentu. Zginęła w strzelaninie podczas nalotu policji i nie zdążyła wyjawić Junowi prawdziwych powodów swojego działania. On z kolei, nieświadom jej poświęcenia, gardzi nią i bezcześci jej pamięć po dziś dzień, więc nieszczęśliwa Xiao Yan powraca jako wampiryczna istota i mści się krwawo na swoich prześladowcach, a niegdysiejszego ukochanego nawiedza w koszmarnych snach. Tak po chińsku.) Jak łatwo się domyślić, nie chcielibyśmy tam spędzić ani jednej nocy, nawet za darmo, nawet gdyby nam za to płacono.
Wenus z Szanghaju. Surrealizm wcielony Łazienka jest, bo być musi. Tak samo kuchnia. Chińczycy nie zaprzątają sobie głowy twórczym zagospodarowaniem tych przestrzeni, a gdy już muszą, często zwracają się o pomoc do fachowców lub korzystają z gotowych, bezpiecznych wzorców. Dużo gorzej, gdy sami postanawiają zabawić się w architekta. O bylejakościach nie ma co się rozpisywać, zatem skupię się na trzech łazienkach, które padły ofiarą niespełnionych ambicji. Osobliwość numer jeden znajdowała się w przepięknie urządzonym mieszkaniu, gdzie umiejętnie zestawiono nowoczesne elementy wystroju z tradycyjnymi chińskimi meblami rzeźbionymi w ciemnym drewnie. Ponieważ byliśmy juz po oględzinach dziesięciu mieszkań, na ten widok podskoczyliśmy z radości. Niestety, właściciel zdecydował, że kosztem dużej łazienki urządzi sobie kącik do pracy, a miejsce ablucji urządzi koło salonu. Pomysł niezły, o ile ma się na to miejsce, jednak tu przestrzeń nie chciała się dostosować do dobrych chęci, co zaowocowało umywalką w pokoju dziennym i łazieneczką, gdzie mieściła się ubikacja i prysznic smętnie zwisający nad nią. Na oko: jeden na jeden. Już moja łazienka w fińskim akademiku była większa. Następne kurioza mieściły się w apartamencie, który także obiecywał wiele; nowoczesna, otwarta kuchnia (ewenement), dwa balkony, piękna sypialnia, ale czar pryskał, gdy przekroczyło się próg którejkolwiek łazienki. W pierwszej trupioblade światło padało na powierzchnie wyłożone burą mozaiką, na której wiły się nieusuwalne, wżarte w fugę zacieki. Druga, gościnna, wyglądała jak z zakładu karnego, a przynajmniej jak z moich wyobrażeń o zakładzie karnym - mozaika była depresyjnie niebieska, światło równie trupie, a podłoga w kolorze nieuprzątniętych rzygowin. W obu przypadkach oświetlenie nad lustrem należało pozostawić w sferze marzeń. I pomyśleć, że gdyby właściciele kupili najtańsze beżowe kafelki, mieliby lokatorów. Jareth by sie uśmiał. Włamałbym się bez cienia obawy, że mógłbym się zagubić, do labiryntu linii, które z początku nie rokują nadziei, że do czegokolwiek prowadzą.(*) Nam taki labirynt, który nie rokuje, a który trzeba byłoby odwiedzać najmarniej dwa razy dziennie, pokazano we wspomnianym gdzieś wyżej mieszkaniu, którego właścicielom uroiło się, że za owe apartamenta zgarną dziewięć tysięcy yuanów miesięcznie (rok temu marzyło im się zaledwie osiem). Ponieważ widziałam ich łazienkę, jestem w stanie stwierdzić, że to nie pierwszy raz, gdy stracili kontakt z rzeczywistością. Pierwotne pomieszczenie łazienkowe było przestronne i pozostawiało duże pole do popisu. Dla niektórych za duże. Państwu landlordostwu zamarzyło się mieć i wannę, i prysznic, i toaletę, i toaletę gościnną, i umywalkę, i umywalkę gościnną też oraz drzwi prowadzące do łaźni i z salonu, i sypialni. Poszatkowali zatem ustawny prostokąt na klitki i zakamarki, a do każdego minipomieszczenia zamontowali osobne drzwi. Ponieważ musieli także gdzieniegdzie podnieść poziom podłogi, całość wyglądała jak rzeźnicki labirynt, na którego końcu spoczywała wanna na katafalku. Tym makabrycznym akcentem pragnę zakończyć podróż po Szanghaju mniej znanym. Mamy nowy dom i nadzieję, że za rok nie będziemy zmuszeni wsiadać na tę samą karuzelę. W następnym wpisie opowiem, dlaczego postanowiliśmy opuścić Małego Cesarza. a_fm Edit: Dorzuciłam dwa zdjęcia wygrzebane z archiwów mailowych, ale to zaledwie namiastka tego, co ujrzały nasze oczy. Następnym razem będziemy mądrzejsi i sfotografujemy, co należy. (*) André Breton, Manifest surrealizmu, 1924
czwartek, 24 listopada 2011
Droga do odnalezienia świątyni niebiańskiego spokoju jest usłana cierniami i stonką, a czasem prowadzi także pod górę. Zgodnie z obietnicą, opowiemy o owej stonce, w tym przypadku symbolizującej i agencje, właścicieli lokum, i zaskakujące rozwiązania techniczne, a także problematyczną estetykę oraz niechlubną przeszłość oglądanych mieszkań. Niestety, nie dysponujemy odpowiednim materiałym zdjęciowym, więc będziecie musieli nam uwierzyć na słowo.
Ciuciubabka
W obu rzeczywistościach równoległych człowiek w potrzebie zaczyna poszukiwania nowego lokum od sprawdzenia ofert w Internecie, a ponieważ zdecydowaliśmy się porzucić mieszkanie panicza Bu Ca*, uczyniliśmy to samo.
W samym Szanghaju jest około dwustu tysięcy obcokrajowców, najwięcej Japończyków, Amerykanów i Koreańczyków, ale też i niemało Niemców, Francuzów czy Anglików, więc strony większych agencji zajmujących się wynajmem nieruchomości są dostępne w języku angielskim. Korzystanie z chińskich witryn z pomocą Google Translate także nie nastręczało nam większych trudności, więc już po pierwszych minutach spędzonych na buszowaniu w sieci znaleźliśmy obiecujące oferty przestronnych, ładnych mieszkań w dobrej lokalizacji i przystępnej, ale nie podejrzanie niskiej, cenie. Piszemy! Najdalej po paru godzinach odzywają się agentki odpowiedzialne za dane obiekty, a przynajmniej tak nam się jeszcze wtedy wydaje, i proponują spotkanie, aby pokazać to i owo, tam i ówdzie. Ponieważ osiągnęliśmy już trzeci stopień wtajemniczenia, równolegle korzystamy z agencji współpracującej z firmą żywicielką oraz chodzimy po małych, lokalnych oddziałach chińskich agencji dysponujących mieszkaniami w najbliższej okolicy. Karneciki na najbliższe wieczory zarezerwowane, konie poszły po betonie, a my ruszyliśmy na łów.
Tu rzeczywistość obu światów nieco się rozjeżdża, zostawiając nas z odklejonym rewersem w ręku.
Szybko się okazuje, że kuszące oferty co prawda istnieją, ale ramy owego istnienia nie wykraczają poza stronę www. Człowiek to jednak durne zwierzę - niby doświadczenie zdobyte w Chinach podpowiada, że to może być podpucha, ale święta naiwność wygrywa. Trudno, każdy orze jak może, więc dajemy agentkom szansę i pozwalamy się prowadzić przez kolejne wymiary szanghajskich mieszkań dla expatów.
O tym, co zobaczyliśmy w rzeczywistości równoległej, opowiemy ze szczegółami jutro :)
*O landlordziątku Bu Cu zwanym Rocky już niebawem. |